Wybrałam się na ten film, ponieważ spodobał mi się pomysł na historię.
Lubie filmy fantasy a polscy Jaś i Małgosia jako wojownicy polujący na czarownice,
zapowiadali się na prawdę ciekawie :)
Niestety pomimo tego, iż absolutnie nie oczekiwałam, żadnego wielkiego i skomplikowanego
dzieła to sposób pokazania tej historii i fabuła jak dla mnie były mimo wszystko potraktowane
zbyt prosto.
Podstawą efektów w filmie były rozdeptywane, urywane lub wybuchające głowy, całość
pokazywana w sposób dosłowny i kompletny. Przyznaję, iż na początku to robiło wrażenie,
jednak przy 15 podobnej scenie, człowiek się przyzwyczajał i można było spokojnie dalej
konsumować popcorn ;)
Na pewno zaskoczeniem dla mnie był udział w tym filmie Joanny Kulig. Przyznaję iż wybierając
ten film nie miałam świadomości, iż polska aktorka ma w nim swój udział.
Charakteryzacja natomiast uniemożliwia całkowicie rozpoznanie naszej gwiazdy,
więc jestem całkowicie usprawiedliwiona ;)
No
właśnie.. kostiumy i charakteryzacja postaci była na pewno
najmocniejszą stroną tego filmu.
Każda z czarownic była inna i
maksymalnie dopracowana. Na prawdę robiły wrażenie.
Plenery niestety już troszkę mniej, ponieważ spodziewałam się jakiś magicznie tajemniczych
i
bajkowych lasów, a te które pokazywano w filmie wyglądały jak Park
Narodowy w Wielkopolsce,
w którym bawiłam się jako dziecko. Śliczny ale
jednak zbyt zwyczajny jak na bajkę fantasy.
Ulubiona postać : to Edward :))
Zakochany troll z rozmarzonym i cielęcym spojrzeniem.. naprawdę się uśmiałam :)
Nie wiem czy zabieg z imieniem był celowy czy przypadkowy, ale na pewno trafiony ;)
Sam film, bez szału i na pewno nie jest to bajka dla dzieci.
Można obejrzeć dla rozrywki, chociaż pozostawia po sobie posmak nie wykorzystanego
potencjału.
Translate
sobota, 9 lutego 2013
SĘP
"Sęp" to polski thriller, okrzyknięty jako "objawienie" tego gatunku. Miał zaskoczyć
widza wysokim poziomem realizacji, i jak to powiedział sam reżyser Eugeniusz Korin
"powinien wciągać, niepokoić i uzależniać – żeby ostatecznie porazić świadomością
naszej wspólnej bezradności wobec zła".
Powiem tak, ambicje to twórcy filmu mieli na pewno spore i w marketing zainwestowali
spory budżet, skoro w premierowy weekend obejrzało go ponad 100 tys. widzów,
ale co do reszty no to niestety znowuż czegoś zabrakło.
Sama historia jest nawet nie zła, może nie całkowicie dopracowana ale ma w sobie spory potencjał.
Ogólnie ogląda się ją dobrze i w miarę płynnie. Niekiedy tylko krzaczy się ze względu na
sztuczne dialogi czy też nie potrzebne sceny wciśnięte w historię w bliżej określonym celu.
Pewnie gdyby ten film był realizowany przez amerykanów byłoby to na prawdę niezłe kino akcji,
w polskim wydaniu jest to natomiast tylko niezły film chociaż mam nieodparte wrażenie,
iż mogło być na prawdę dużo lepiej.
Niestety widoczny był brak odpowiednio wysokiego, w stosunku do zamiarów twórców, budżetu.
W całym filmie były może z trzy sceny z tak zwanymi efektami specjalnymi, i wszystkie te sceny były potraktowane
"po macoszemu". Jeden jedyny wybuch, który miał tam miejsce i który zapewne miał wprowadzić do sceny dynamikę
i dramatyzm, wyglądał tak, jakby nastolatek odpalił dwie petardy noworoczne.. żenada. Skoro już brali się za takie sceny
mogli w nie zainwestować, a jeżeli nie mieli na to budżetu, trzeba było z tego zrezygnować.. po co uwidaczniać niedoskonałości ?
Obsada w "Sępie" na prawdę robi wrażenie.. zebrali całą plejadę polskich gwiazd.
Michał Żebrowski, Daniel Olbrychski, Paweł Małaszyński, Mirosław Baka, Andrzej Grabowski ..
A to tylko niektóre z nazwisk.
Polscy aktorzy w większości nas nie zawiedli, a moim ulubieńcem był tutaj Robaczewski
którego zagrał Małaszyński - w mojej opinii najciekawsza kreacja w tym filmie. (pomijając
jego ostatnią scenę). Przybylska, jak dla mnie to rozczarowanie, była mdła i bez wyrazu.
Z ciekawością obejrzałam natomiast Żebrowskiego, chciałam zobaczyć jak zaprezentuje się w roli przystojnego śledczego.
Do tej pory kojarzył mi się w większości z pompatycznymi rolami jak w "Ogniem i mieczem" czy też "Panu Tadeuszu".
I szczerze to jestem trochę rozczarowana.
Niby wyglądał dobrze, ale zagranie seksownego macho nie do końca mu wyszło.
Ok, pobiegał sobie w bluzie z kapturem po placu budowy, poskakał,
po-boksował worki z cementem, w garniturze także prezentuje się fajnie, ale..
no właśnie ale, był jakiś taki nijaki, zbyt nadmuchany, zbyt sztywny, bez energii.
Scena miłosna z jego udziałem, nie wywoływała iskry, a raczej ziewanie.
Wogle cały ten wątek miłosny z jego udziałem był raczej słaby i mało przekonywujący.
Erotyzm, napięcie? no nie było go tam na pewno.. Przybylska pokazała biust
i to było chyba najbliżej erotyki jak tylko można było stanąć.
Patrząc na głównego bohatera i jego naukowe podejście do walki z przestępczością,
miałam nieodparte wrażenie iż patrzę na Charliego Eppes z serialu "Wzór".
Ta sama tablica, prawie ten sam sposób działania, chociaż wzory na naszej polskiej tablicy
były na pewno o wiele mniej skomplikowane, no i u nas dodali kota ;) nota bene bardzo
sympatycznego :).
W filmie spodobała mi się ścieżka dźwiękowa. Wyróżniała się w sposób bardzo pozytywny.
Nowoczesna i budująca skutecznie nastrój. Zespół Archive okazał się dobrym wyborem.
Podsumowując, utwierdziłam się na pewno w przekonaniu iż wydawanie 24 zł na polską
produkcje nie jest najlepszym pomysłem, natomiast sam film można spokojnie obejrzeć,
ponieważ pomimo tych wszystkich niedoskonałości i niedociągnięć jak na polską produkcje
z gatunku thriller jest niezły.
widza wysokim poziomem realizacji, i jak to powiedział sam reżyser Eugeniusz Korin
"powinien wciągać, niepokoić i uzależniać – żeby ostatecznie porazić świadomością
naszej wspólnej bezradności wobec zła".
Powiem tak, ambicje to twórcy filmu mieli na pewno spore i w marketing zainwestowali
spory budżet, skoro w premierowy weekend obejrzało go ponad 100 tys. widzów,
ale co do reszty no to niestety znowuż czegoś zabrakło.
Sama historia jest nawet nie zła, może nie całkowicie dopracowana ale ma w sobie spory potencjał.
Ogólnie ogląda się ją dobrze i w miarę płynnie. Niekiedy tylko krzaczy się ze względu na
sztuczne dialogi czy też nie potrzebne sceny wciśnięte w historię w bliżej określonym celu.
Pewnie gdyby ten film był realizowany przez amerykanów byłoby to na prawdę niezłe kino akcji,
w polskim wydaniu jest to natomiast tylko niezły film chociaż mam nieodparte wrażenie,
iż mogło być na prawdę dużo lepiej.
Niestety widoczny był brak odpowiednio wysokiego, w stosunku do zamiarów twórców, budżetu.
W całym filmie były może z trzy sceny z tak zwanymi efektami specjalnymi, i wszystkie te sceny były potraktowane
"po macoszemu". Jeden jedyny wybuch, który miał tam miejsce i który zapewne miał wprowadzić do sceny dynamikę
i dramatyzm, wyglądał tak, jakby nastolatek odpalił dwie petardy noworoczne.. żenada. Skoro już brali się za takie sceny
mogli w nie zainwestować, a jeżeli nie mieli na to budżetu, trzeba było z tego zrezygnować.. po co uwidaczniać niedoskonałości ?
Obsada w "Sępie" na prawdę robi wrażenie.. zebrali całą plejadę polskich gwiazd.
Michał Żebrowski, Daniel Olbrychski, Paweł Małaszyński, Mirosław Baka, Andrzej Grabowski ..
A to tylko niektóre z nazwisk.
Polscy aktorzy w większości nas nie zawiedli, a moim ulubieńcem był tutaj Robaczewski
którego zagrał Małaszyński - w mojej opinii najciekawsza kreacja w tym filmie. (pomijając
jego ostatnią scenę). Przybylska, jak dla mnie to rozczarowanie, była mdła i bez wyrazu.
Z ciekawością obejrzałam natomiast Żebrowskiego, chciałam zobaczyć jak zaprezentuje się w roli przystojnego śledczego.
Do tej pory kojarzył mi się w większości z pompatycznymi rolami jak w "Ogniem i mieczem" czy też "Panu Tadeuszu".
I szczerze to jestem trochę rozczarowana.
Niby wyglądał dobrze, ale zagranie seksownego macho nie do końca mu wyszło.
Ok, pobiegał sobie w bluzie z kapturem po placu budowy, poskakał,
po-boksował worki z cementem, w garniturze także prezentuje się fajnie, ale..
no właśnie ale, był jakiś taki nijaki, zbyt nadmuchany, zbyt sztywny, bez energii.
Scena miłosna z jego udziałem, nie wywoływała iskry, a raczej ziewanie.
Wogle cały ten wątek miłosny z jego udziałem był raczej słaby i mało przekonywujący.
Erotyzm, napięcie? no nie było go tam na pewno.. Przybylska pokazała biust
i to było chyba najbliżej erotyki jak tylko można było stanąć.
Patrząc na głównego bohatera i jego naukowe podejście do walki z przestępczością,
miałam nieodparte wrażenie iż patrzę na Charliego Eppes z serialu "Wzór".
Ta sama tablica, prawie ten sam sposób działania, chociaż wzory na naszej polskiej tablicy
były na pewno o wiele mniej skomplikowane, no i u nas dodali kota ;) nota bene bardzo
sympatycznego :).
W filmie spodobała mi się ścieżka dźwiękowa. Wyróżniała się w sposób bardzo pozytywny.
Nowoczesna i budująca skutecznie nastrój. Zespół Archive okazał się dobrym wyborem.
Podsumowując, utwierdziłam się na pewno w przekonaniu iż wydawanie 24 zł na polską
produkcje nie jest najlepszym pomysłem, natomiast sam film można spokojnie obejrzeć,
ponieważ pomimo tych wszystkich niedoskonałości i niedociągnięć jak na polską produkcje
z gatunku thriller jest niezły.
niedziela, 3 lutego 2013
Sur le rythme / Muzyka serca
"Muzyka serca" to kolejny film muzyczny, w którym taniec znajduje się na pierwszym planie.
Gdyby tak go w najprostszy sposób podsumować, to jest to taki "Step Up nr 10",
tylko, że z mniejszym budżetem i w wersji kanadyjskiej.
Sama historia bardzo przewidywalna i mało skomplikowana, utrzymana w tej samej konwencji
co większość filmów muzycznych, więc jeżeli oczekiwalibyśmy po tym filmie
jakiegoś świeżego powiewu to się niestety rozczarujemy.
Jeżeli jednak chcemy tylko pooglądać fajnie tańczących młodych ludzi, to film
powinien sprostać oczekiwaniom.
Główną rolę powierzono Nico Archambault, zwycięzcy pierwszego sezonu You Can Dance Canada.
Chłopak wygląda nieźle (chociaż fryzurą zrobili mu trochę krzywdy), i na prawdę fajnie
tańczy. Jako aktor daje radę, wygląda naturalnie i nie rzuca się w oczy fakt, iż to jego początki
kariery aktorskiej.
Sam film natomiast jakiś taki bez pazura.. niby dramaty ale podane w jakiś taki mega letni sposób.
Zabrakło trochę emocji, i w odpowiedni sposób zbudowanej atmosfery.
Można obejrzeć, jeżeli ma się akurat ochotę obejrzeć taniec w wersji nieskomplikowanej.
niedziela, 27 stycznia 2013
Now Is Good
"Now is good" to kolejny film opowiadający o chorobie, nieuniknionej śmierci
oraz co najważniejsze o sposobie na życie.
Bardzo przypominał mi "Szkołę uczuć" z 2002 roku, ale miał też coś w sobie np z "Słodkiego Listopada" z 2001 roku,
wszystkie te filmy ukazują nam bohaterki pogodzone z tym co nieuchronne i ich sposób na czerpanie z życia jak najwięcej..
a najwięcej oczywiście jest miłości.
Ta historia opowiedziana jest na spokojnie, bez niespodzianek... a mimo wszystko nie nudzi.
W niektórych momentach wyczuwa się nawet pewną dozę pozytywnej energii.
Ukazuje nam ona wolę życia i sposób na przeżycie ostatnich chwil.
Film daje do myślenia i zmusza do pewnej analizy ale na całe szczęście bez zbędnego patetyzmu.
Na koniec pomimo, iż to żadna niespodzianka, i tak radzę przygotować chusteczki.
oraz co najważniejsze o sposobie na życie.
Bardzo przypominał mi "Szkołę uczuć" z 2002 roku, ale miał też coś w sobie np z "Słodkiego Listopada" z 2001 roku,
wszystkie te filmy ukazują nam bohaterki pogodzone z tym co nieuchronne i ich sposób na czerpanie z życia jak najwięcej..
a najwięcej oczywiście jest miłości.
Ta historia opowiedziana jest na spokojnie, bez niespodzianek... a mimo wszystko nie nudzi.
W niektórych momentach wyczuwa się nawet pewną dozę pozytywnej energii.
Ukazuje nam ona wolę życia i sposób na przeżycie ostatnich chwil.
Film daje do myślenia i zmusza do pewnej analizy ale na całe szczęście bez zbędnego patetyzmu.
Na koniec pomimo, iż to żadna niespodzianka, i tak radzę przygotować chusteczki.
So Undercover
Wybór padł na komedie.
So Undercover - film z 2012 roku, z gatunku komedia-akcja, na Filmweb oceniona na 6,3.
Spodziewałam się czegoś lekkiego, miłego, przy oglądaniu czego raz po raz się uśmiechnę.
Niestety..
Okazało się iż jest to kiepska próba połączenia serialu "Veronica Mars" z filmem "Miss Agent".
Nie wiem za co ten film ma Filmweb otrzymał 6,3, na IMDb ma 4, i to raczej bardziej
sprawiedliwa ocena.
Miley Cyrus - kiepska. Sztywna i nienaturalna. Momentami aż drażniła.
Rola prywatnego detektywa kompletnie jej nie wyszła.
Dialogi w filmie kiepskie i sztuczne.
Niestety jak dla mnie to zmarnowane 90 min.
sobota, 26 stycznia 2013
Skyfall
ok.. przyznaję się, to mój pierwszy Bond jakiego widziałam.
Nie mam porównania z poprzednimi częściami, nie wiem czy Skyfall jest lepszy czy gorszy.
Dla mnie to po prostu film sensacyjny, który obejrzałam z popcornem w ręku :)
i po którego sięgnęłam aby swoją nie znajomością bondowskiego tematu
przestać w końcu szokować znajomych ;)
Ogólnie rzecz ujmując film mi się nawet podobał.
Fajna chociaż nie zaskakująca historia, ale pełna dynamiki, na pewno nie nudziła.
Oglądało się go w miarę płynnie i z równym zainteresowaniem, pomimo iż trwa prawie 2,5 h.
Momentami historia była tylko trochę zbyt nadęta i napompowana.
Daniel Craig - chociaż nie jestem jego wielką fanką, przyznaję iż bardzo pasuje do roli
agenta 007, bardzo dobrze wygląda w smokingu jak i bez niego.
Twardy i mega męski brzydal, czyli dokładnie taki jaki powinien być agent specjalny.
No może z jednym wyjątkiem, niestety nie każdy facet ma fajny zarost, i w tym przypadku
nasz 007 także nie ma się czym chwalić, i w momentach gdy zapomniał użyć swojej
brzytwy trochę tracił na wyglądzie.
Zachwycona natomiast jestem czarnym charakterem w tym filmie.
I chociaż Javier Bardem jako blondyn, to na prawdę straszny widok, to jednak
jego kreacja jest genialna. Super zbudowana postać, od której trudno było oderwać
wzrok. Stał się moim ulubieńcem :)
Bardzo podobał mi także "wstępniak" filmu, z piosenką Adel w tle.
Z zasady, napisów wstępnych raczej się nie ogląda, jednakże w tym filmie
zrobili z nich dodatkowy atut i osobne "arcydzieło".
Super grafika i pełne nawiązanie do filmu.
Do plusów dorzućmy także bardzo dobre zdjęcia i na prawdę piękne plenery.
Aż chciałoby się do niektórych z tych miejsc pojechać.
Z rzeczy, których się spodziewałam i które niestety nie są na plus,
to mocno przesadzone niektóre sceny z cyklu "sensacyjnych".
Pościgi, ucieczki, wybuchy i strzelaniny.. w niektórym momentach na prawdę twórcy przegięli.
Do tego wszystkiego w tle brakowało tylko napisu:
"uwaga film zawiera lokowanie produktu".
Upadek z kilkuset metrów z kulą w piersi prosto do rwącej rzeki.. no problem..
normalnego człowieka, pewnie już by zabił sam pęd powietrza podczas spadania,
a James zdążył sobie w locie jeszcze zrobić z dwie fotki na Facebooka ;)
ok.. troszkę się naśmiewam, ale niektóre sceny na prawdę były mocno przesadzone.
Wiem, że to film sensacyjny o super, hiper agencie specjalnym.
Ale uważam iż zbliżenie się chociaż odrobinę do realizmu, na prawdę
nie zaszkodziłaby ani samej historii ani samemu filmowi.
Zaskoczył mnie natomiast, mega pozytywnie, brak dziwnych gadżetów.
Nie było wybuchających długopisów i prześwietlających ubrania okularów,
nawet sami bohaterowie troszkę się z nich naśmiewają. Duży plus.
Plus także, za tą odrobinę humoru przemyconą do filmu.
Podsumowując, momentami śmieszna i zbyt nieprawdopodobna, ale w sumie niezła bajka dla dorosłych :)
czwartek, 24 stycznia 2013
Lot / Flight
Raczej nie jest to film dla osób odczuwających strach przed lataniem.
Naćpany i popijający drinki pilot nie wzbudza zaufania..
a jednak podczas feralnego lotu, ratuje 96 z 102 osób,
sprowadzając w niewiarygodny sposób uszkodzoną maszynę na ziemię..
Bohater... Cudotwórca...
Nie znam się na samolotach, ani na lotnictwie... ale w sumie to nie ważne..
bo nie ma znaczenia czy lądowanie to było realne czy też totalnie abstrakcyjne, bo i tak
zrobiło na mnie wrażenie.
Bardzo dobrze zbudowana atmosfera, pełna grozy i odpowiednio dozowanego napięcia.
Oglądało się to z zapartym tchem i na prawdę przeżywało się te wszystkie minuty w samolocie.
Zdarzenie to jednak, pomimo całej swojej spektakularności nie jest podstawą tej historii a jest zaledwie jej tłem...
film ten bowiem nie opowiada ani o katastrofie lotniczej.. ani o wielkim bohaterze...
film opowiada o słabym człowieku, który przechodzi drogę poznawania
własnych demonów i dojrzewa do tego aby się im przeciwstawić..
Uważam, iż Denzel Washington po raz kolejny potwierdził tutaj swoją klasę jako aktora..
Nie wiem jaki pomysł mieli twórcy na kreację głównego bohatera...
ale mnie osobiście on irytował... na początku podziw.. a później z każdą minutą filmu,
moja irytacja wzrastała.. aż przyszedł moment iż najzwyczajniej w świecie zaczął mnie złościć..
rozkapryszony, wiecznie pijany i bezczelny.. pomimo jego bohaterskiego czynu,
po prostu nie dało się go lubić ani zrozumieć..
i odnoszę wrażenie iż było to celowe działanie..
główny bohater nie miał tutaj wzbudzać podziwu ani sympatii... miał irytować..
może nawet wywoływać złość...
bo to skupiało uwagę na prawdziwych problemach pokazanych w tym filmie i je podkreślało.
Koniec filmu.. niestety w stylu hollywoodzkim.. ale da się je strawić ;)
Wspomnę tylko jeszcze o roli drugoplanowej..
John Goodman, na prawdę genialny w swojej roli..
jego wejście wywołało u mnie uśmiech.. szeroki... a nawet nie powiedział jeszcze słowa :)
Naćpany i popijający drinki pilot nie wzbudza zaufania..
a jednak podczas feralnego lotu, ratuje 96 z 102 osób,
sprowadzając w niewiarygodny sposób uszkodzoną maszynę na ziemię..
Bohater... Cudotwórca...
Nie znam się na samolotach, ani na lotnictwie... ale w sumie to nie ważne..
bo nie ma znaczenia czy lądowanie to było realne czy też totalnie abstrakcyjne, bo i tak
zrobiło na mnie wrażenie.
Bardzo dobrze zbudowana atmosfera, pełna grozy i odpowiednio dozowanego napięcia.
Oglądało się to z zapartym tchem i na prawdę przeżywało się te wszystkie minuty w samolocie.
Zdarzenie to jednak, pomimo całej swojej spektakularności nie jest podstawą tej historii a jest zaledwie jej tłem...
film ten bowiem nie opowiada ani o katastrofie lotniczej.. ani o wielkim bohaterze...
film opowiada o słabym człowieku, który przechodzi drogę poznawania
własnych demonów i dojrzewa do tego aby się im przeciwstawić..
Uważam, iż Denzel Washington po raz kolejny potwierdził tutaj swoją klasę jako aktora..
Nie wiem jaki pomysł mieli twórcy na kreację głównego bohatera...
ale mnie osobiście on irytował... na początku podziw.. a później z każdą minutą filmu,
moja irytacja wzrastała.. aż przyszedł moment iż najzwyczajniej w świecie zaczął mnie złościć..
rozkapryszony, wiecznie pijany i bezczelny.. pomimo jego bohaterskiego czynu,
po prostu nie dało się go lubić ani zrozumieć..
i odnoszę wrażenie iż było to celowe działanie..
główny bohater nie miał tutaj wzbudzać podziwu ani sympatii... miał irytować..
może nawet wywoływać złość...
bo to skupiało uwagę na prawdziwych problemach pokazanych w tym filmie i je podkreślało.
Koniec filmu.. niestety w stylu hollywoodzkim.. ale da się je strawić ;)
Wspomnę tylko jeszcze o roli drugoplanowej..
John Goodman, na prawdę genialny w swojej roli..
jego wejście wywołało u mnie uśmiech.. szeroki... a nawet nie powiedział jeszcze słowa :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






